— W sklepie też jest w szafie — odparła Katarzyna. — Nie znaczy, że można wynieść.
Kupiłam jej później kwiaty.
Nie za blender.
Za ton.
Paweł przyszedł do hotelu trzeciego dnia. Nie wiem, kto podał mu adres, pewnie sam go wyprosił w recepcji. Nie wpuszczono go na piętro, więc zadzwonił z lobby.
— Ala, jestem na dole.
— To źle wybrałeś budynek.
— Proszę. Pięć minut.
Zgodziłam się zejść nie dlatego, że chciałam słuchać przeprosin, tylko dlatego, że potrzebowałam zobaczyć, czy naprawdę nic już we mnie nie drgnie.
Siedział przy stoliku w hotelowej kawiarni. Bez matki wyglądał mniejszy. Nie biedniejszy, nie bardziej skruszony. Po prostu mniejszy.
— Mama jest zrozpaczona — zaczął.
— To fatalny początek rozmowy.
— Ona jest starsza. Ma swoje przekonania.
— Zamek też miał swoje przekonania, kiedy nie chciał mnie wpuścić.
Zacisnął usta.
— Nie sprzedawaj mieszkania. Przecież możemy się dogadać.
— Umowa przedwstępna podpisana. Zadatek przyjęty. Akt w przyszłym tygodniu.
— Za milion poniżej wartości? Zwariowałaś?
— Nie. Kupiłam spokój. Milion taniej niż dalsze życie z wami.
Zbladł.
— Mówisz o nas jak o pasożytach.
— Nie. Pasożyt przynajmniej nie żąda od żywiciela przeprosin.
Uderzyło go to. Widziałam.
Przez chwilę milczał, a potem powiedział zdanie, które ostatecznie zamknęło moje małżeństwo:
— Gdybyś po prostu oddała mamie pieniądze, nic by się nie stało.
Nie „przepraszam, że pozwoliłem ci stać na korytarzu”.
Nie „to było twoje mieszkanie”.
Nie „skrzywdziłem cię”.
Tylko pretensja, że nie zapłaciłam okupu za wejście do własnego domu.
Wstałam.
— Dziękuję. Tego zdania potrzebowałam do pozwu i do serca.
— Ala…
— Kontakt przez prawniczkę.
Przy akcie notarialnym stawiłam się w granatowym garniturze. Państwo Majewscy byli spokojni, konkretni i trochę skrępowani, jak ludzie, którzy kupują czyjąś ruinę emocjonalną za dobrą cenę. Podpisaliśmy dokumenty. Pieniądze wpłynęły na moje konto. Część poszła na spłatę reszty kredytu. Część na podatki, opłaty, prowizję i nowe życie.
Kiedy notariusz zapytał, czy lokal zostanie wydany w terminie, Katarzyna podała protokół.
Sobczakowie opuścili mieszkanie poprzedniego wieczoru.
Nie z godnością.
Z hukiem, płaczem i trzema workami rzeczy, które musieli otworzyć przy świadkach.
Halina na koniec zdjęła szlafrok i rzuciła go na podłogę.
— Udław się swoim majątkiem!
Katarzyna podniosła szlafrok dwoma palcami i wrzuciła do worka na pranie.
— Do pralni chemicznej — powiedziała.
Lubiłam ją coraz bardziej.
Nie wróciłam już do tamtego mieszkania. Nie chciałam pożegnań z pustymi ścianami. Ludzie często mówią, że dom ma duszę. Moje mieszkanie miało przez ostatni rok za dużo cudzych głosów. Wolałam pamiętać je z czasów, gdy pierwszy raz wniosłam tam kartony i jadłam makaron na podłodze.
Rozwód nie był szybki, bo Paweł nagle przypomniał sobie, że „poświęcił mi najlepsze lata” i chciał udziału w majątku. Mecenas Galińska spokojnie rozłożyła przed sądem dokumenty: zakup mieszkania przed ślubem, spłaty z mojego konta, faktury, moje zarobki, jego przelewy do matki, a także nagranie, na którym potwierdzał, że warunkiem wejścia do domu było oddanie karty z pensją.
Sędzia zapytała go:
— Czy naprawdę uważał pan, że żona powinna przekazywać pana matce osiemdziesiąt procent swojego wynagrodzenia?
Paweł odpowiedział:
