Pomyślałam więc: co mam do stracenia? W tydzień można spróbować wszystkiego. I tak, następnego ranka, poszłam na zakupy. Kupiłam świeże jabłka, dużego ananasa (którego, nawiasem mówiąc, kupowałam tylko na specjalne okazje), ładnego ogórka, dużą pomarańczę i duży liść aloesu. Do tej pory używałam aloesu tylko na oparzenia słoneczne, ale nawet nie wiedziałam, że można zjeść kawałek albo zmiksować. A kiedy wyszłam ze sklepu z torbą, poczułam się trochę zmotywowana po raz pierwszy od dawna. Ogarnęło mnie ciepłe uczucie: „W końcu o siebie dbam”.
W domu rozpakowałam wszystko i postawiłam w kuchni. Wciąż pamiętam, jak pięknie wyglądały kolory: świeża zieleń ogórka, słoneczna żółć ananasa, ciepła pomarańcza cytrusów, głęboka czerwień jabłka. Sam widok sprawił, że poczułam, że robię coś dobrego dla swojego ciała. Potem wzięłam dużą szklankę, przygotowałam blender i zaczęłam.
Najpierw kroję jabłko – uwielbiam ten orzeźwiający, świeży zapach, który natychmiast wypełnia powietrze, gdy się je kroi. Potem pomarańczę, której sok natychmiast sprawił, że ręce zrobiły mi się lepkie. Kawałek aloesu był dla mnie nowością; jego śliska, półprzezroczysta konsystencja wymagała na początku przyzwyczajenia, ale szybko się przyzwyczaiłem. Ogórek dodał orzeźwiającego, chłodnego aromatu. A ananas – och, ananas to dla mnie czysta radość. Ten tropikalny, słodko-kwaśny smak zamienia każdy napój w mini-wakacje.
