– Leszek, a dzieci? – zapytałam.
– Będę przyjeżdżał – powiedział.
Przyjechał trzy razy w pierwszym roku. Potem raz. Potem wcale.
Bartek przez dwa lata rysował w zeszycie samochody i podpisywał “dla taty na urodziny”. Kasia przestała się odzywać do obcych mężczyzn. Ja wzięłam drugą zmianę i nauczyłam się nie płakać w miejscach publicznych.
Nie powiem, że było łatwo, bo to byłoby kłamstwo tak ogromne, że aż śmieszne. Były miesiące, kiedy rachunki odkładałam na stos i modliłam się, żeby jakoś się ułożyło. Były święta, kiedy dzieci pytały, czemu tata nie dzwoni, a ja kłamałam, że pewnie nie ma zasięgu. Były noce, kiedy siedziałam w kuchni z herbatą i myślałam, że nie dam rady.
Ale dałam.
I jakoś – powoli, bez fajerwerków – życie się poukładało. Bartek zaczął zarabiać, Kasia dostała się na medycynę. Kupiłam używanego forda, wyrobiłam remont łazienki, zaczęłam jeździć na działkę w weekendy.
Nie szukałam nikogo nowego. Nie dlatego, że nosiłam żałobę po Leszku – po prostu nie miałam na to siły. A potem przyzwyczaiłam się do ciszy w sypialni i do tego, że lodówka jest moja, pilot jest mój, i nikt nie zostawia mokrych skarpetek na kaloryferze.
O Leszku słyszałam urywki. Sąsiadka Bogusia, która wiedziała wszystko o wszystkich, donosiła co jakiś czas. Że z Sylwią się rozstał po trzech latach. Że pracował gdzieś na budowie w Niemczech, ale wrócił. Że pił. Że nie pił. Że znowu pił. Że mieszka u jakiegoś kolegi w kawalerce na obrzeżach miasta.
Nie pytałam. Nie chciałam wiedzieć. Zamknęłam ten rozdział tak szczelnie, jak się zamyka słoik z dżemem – zakręcić, odwrócić do góry dnem i nie otwierać.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
