A potem sobota. Biedronka przy ulicy Chrobrego, ta większa, z parkingiem. Poszłam po zwykłe zakupy – chleb, masło, pomidory, jogurty dla Bartka, bo akurat wpadał na obiad. Szłam między regałami i nagle – ten chód. Te stopy skierowane do wewnątrz.
Stanęłam. On mnie nie widział. Patrzył na ceny chleba. Trzymał najtańszy – ten pakowany, który smakuje jak tektura – i wkładał go z powrotem na półkę. Potem znowu brał. Potem odkładał. Stał tak z tym chlebem i ja widziałam, że on nie ma tych dwóch złotych.
Pięćdziesiąt cztery lata, kiedyś zdrowy facet, który nosił worki z cementem i naprawiał dach bez drabiny, a teraz nie stać go na chleb za dwa złote.
Powinnam była odejść. Wymknąć się między regałami z mlekiem, zapłacić za swoje zakupy i wrócić do samochodu. Miałam do tego pełne prawo. Ten człowiek zostawił mnie z dwójką dzieci i pustym kontem. Nie miałam mu nic do oddania.
Ale nogi poniosły mnie w jego stronę. Nie wiem dlaczego – może z przyzwyczajenia, może z tego samego odruchu, który kazał mi przez piętnaście lat zbierać mokre skarpetki z podłogi jeszcze długo po jego odejściu.
– Leszek – powiedziałam.v
Odwrócił się. I wtedy zobaczyłam jego twarz. Skóra szara, policzki zapadnięte, oczy podkrążone tak, jakby nie spał od tygodnia. Ale oczy – te same. Ciemnobrązowe, trochę psie, trochę chłopięce. Przez sekundę miał minę dziecka przyłapanego na gorącym uczynku.
– Wiesława – szepnął.
Staliśmy w alejce z pieczywem, między chlebami a bułkami, i milczeliśmy. Kobieta z wózkiem ominęła nas, rzucając zirytowane spojrzenie.
– Jak się masz? – zapytałam, bo co innego miałam powiedzieć.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
