– Dobrze – powiedział odruchowo. Potem się poprawił: – Różnie.
Nie pytałam o szczegóły. On nie pytał o dzieci. Może nie miał odwagi. Staliśmy jeszcze chwilę, a potem powiedział to, czego w żadnym ze swoich wyobrażeń nie przewidziałam.
– Wiesława, ja… Czy mogłabyś mi pożyczyć trochę? Na chleb. Oddam.
Oboje wiedzieliśmy, że nie odda.
Patrzyłam na niego i myślałam o Bartku, który przez dwa lata rysował samochody dla taty. O Kasi, która w trzeciej klasie powiedziała koleżankom, że jej tata jest marynarzem i pływa po oceanie, bo nie umiała powiedzieć, że odszedł. O nocach przy kuchennym stole. O rachunkach na stosie. O mokrych skarpetkach.
A potem pomyślałam o tym, jak kiedyś – dawno, zanim wszystko się posypało – Leszek wracał z nocnej zmiany, zastawał mnie śpiącą na kanapie z Kasią na rękach i przykrywał nas kocem. Nie budził. Robił sobie kanapkę i szedł spać na podłodze w pokoju Bartka, żeby nas nie budzić.
To był ten sam człowiek. I jednocześnie – zupełnie inny.
Otworzyłam portfel. Wyjęłam banknot. Nie dwadzieścia złotych, nie sto – wyjęłam pięćdziesiąt. Wystarczy na chleb, masło, coś do jedzenia na kilka dni. Nie na alkohol, nie na papierosy – na chleb.
– Nie musisz oddawać – powiedziałam.
